Tak, to było pewne wyzwanie, ktore przyjąłem i mam nadzieje wypełniłem. Pamiętam jak dziś jak Ludek Lasocki podszedł do mnie w Aylesford i jak gdyby nigdy nic zaczął mi opowiadać jak to umiera 34-ka bo nie ma drużynowego. Ludek zawsze umiał wykręcać ręce i wiedział jak zagrać żeby sprawy potoczyły się po jego myśli. Następnie, niewinnie zapytał (przypomniał), że przecież ja wiele lat byłem w harcerstwie w Polsce i to w tym “dobrym” harcerstwie. To wszystko odniosło oczekiwany przez niego skutek – zgodziłem się poprowadzić 34-ke przez jakiś czas dopóki nie znajdzie się ktoś inny na moje miejsce. Jak się poźniej okazało były to 2 lata…
Ale nie żałuje i nigdy nie będe żałować tych dwóch lat. Za chłopaków oddał bym się diablu.
Kiedy przyszedłem na pierwszą zbiorke przyszło kilku chłopców, a po 2-3 zbiórkach zostało ich zaledwie 4-5-ciu. Ale lepiej mieć takich pięciu niż dziesięciu czy dwudziestu innych. Spędzałem czas przygotowując zbiórki i starałem się oczywiście położyć nacisk na “Polskość”. Nie miałem z tym dużego problemu gdyż sam przyjechałem z Polski i to właśnie tam wychowałem sie biegając w zielonym mundurze harcerza.
Pamiętam, że często graliśmy w piłke na Wimbledon Common, o co niektórzy mieli do mnie żal, ale przecież ruch i sprzewność fizyczna to też cecha harcerza.
Dosyć dobrze zapamiętałem 2 momenty z tego okresu czasu.
Pierwszy, to nasz rajd do Dartmoor. Pojechaliśmy tam moim samochodem bo było nas tylko 5-ciu. Spędzaliśmy czas na wspinaczce, bieganiu na orientacje z kompasem i na wygłupianiu się. Chłopakom najbardziej podobało się chodzenie po bagnach. Mnie przyprawiało to ból głowy bo przedstawiałem sobie co może sie zdażyc i jakie mogą być tego konsekwencje. Harcerze skakali z kępy na kępe uginającej się trawy, a woda bulgotała wokół. Oczywiście nie obeszło się bez mokrych butów i mundurów ale co sobie użyli to sobie użyli.
Drugi moment to nasze wspólne (z harcerkami) “Andrzejki”. Było wróżenie, zabawy i sporo smiechu. Potem harcerki przychodziły do mnie z prośbą żeby zorganizować wspólne zbiórki ale niestety to było wbrew regulaminu harcerskiemu obowiązującemu w Anglii. Nigdy nie zapomne gdy jedna z “Kisielanek” slysząc moją odmowe powiedziala:
“Paweł, nasi rodzice chcą żebyśmy wyszły za mąż za Polaków! No i jak my to mamy zrobić? Do szkoły chodzimy osobno, na zbiórkach nie wolno nam sie spotykać, więc gdzie mamy się poznać???”
Przyznaje, ze miała racje, niestety regulaminy są regulaminami…
Pamiętam też akcje malowania pisanek zorganizowaną przez Gosie Lasocką. Przyjechała pani, ktora była specjalistką w tej dziedzinie. Okazało się, że moi harcerze mieli sporo talentu i cierpliwości. O ile pamiętam Krzys Stepan był jednym z lepszych o ile nie najlepszym w kolorowaniu wydmuszek.
Byl też remont harcówki, w którym aktywnie pomagał Marek Mrozek no i oczywiście harcerze. Wszyscy biegali z młotkami, pędzlami i innymi narzędziami. A to, że czasami komuś chlapnęło się w oko koledze, czy wbiło gwóźdź nie tam gdzie należalo to tylko mały szczegół. Ważny był duch i chęć zrobienia czegoś pożytecznego.
Patrząc z perspektywy czasu te dwa lata byly bardzo przyjemnym okresem mojego życia. I chociaż na początku nie byłem szczęśliwy i zadowolony, że Ludek “wrobił” mnie w “harcertwo” to teraz mogę mu tylko za to podziękować.
A chlopców nigdy nie zapomnę.
Pawel Ulatowski, 03.09.2007