Kronika
MAREK MROZEK

Marek Mrozek

Myslac o dawnych czasach w  Trzydziestej Czworce, i szperajac w pamieci, nasuwaja sie wspomnienia o kolegach, i sa to wspomnienia wylacznie wesole.  Od samego poczatku uderzalo mnie to, ze w druzynie mozna bylo sie posmiac wiecej niz gdziekolwiek indziej.  Na przyklad, na pierwszym samodzielnym obozie druzyny w Crays Pond, po kilku dniach bylem pokryty siniakami – przy posilkach, w namiocie jadalni bylo tak wesolo, ze co kilka minut spadalem z siedzenia, zupelnie bezwladny, z powodu niepohamowanego smiechu.  Pierwszorzedny humor ogarnial wszystkich przez wiele, wiele lat – na zbiorkach, wycieczkach i obozach.  Tak mi sie kojarzy, ze dwoma specjalistami do rozesmiania Druzyny to obaj byli Jackami – Jacek Lohman i, dlugo potem, Jacek Szulecki.  Teraz mi mowia, ze to sie nazywa dobry “duch” w druzynie.  Niech bedzie i tak – pamietam, ze zawsze bylo wesolo.

Wesolo bylo, a takze bardzo kolezensko.  Harcerze sie poswiecali praca, jeden za drugiego.  Juz na drugim obozie Druzyny, w Brechfie (Walia), najwieksze trudnosci nastreczala nam pogoda.  Oboz postawiony byl sprawnie – budowalismy prycze, prysznice, nawet wielka wieze obserwacyjna postawilsmy (bo Harcerki z siostrzecej druzyny ‘Narew’ obozowaly tuz za droga.) … ale namiotow rowem nie okopalismy.  Noca oboz skapala niesamowita ulewa.  Woda prula przez namioty szybkim strumieniem.  Wszystko przemokniete.  Stajemy na poranny apel – podniesienie flagi, spiew – ale bylo to troche nadrabianie mina.  Co gorsze, dochodzi wiadomosc, ze sniadanie bedzie spoznione, poniewaz woda w strumyku sie podniosla ponad brzegi  i zalala nam kuchnie.  Perspektywa pomyslnego dnia odsuwala sie w coraz dalsza przyszlosc.   Niemniej, gdy przyszla pora na sniadanie, przychodzi Witek (Koscia) z kuchni noszac pelny gar pysznie pachnacych kielbasek.  Sprzatnelismy je z wielkim apetytem i miny nam rozjasnialy.  Pozniej sie okazalo, ze Witek z rana zauwazyl, ze w nocy strumyk nam porwal miednice z przygotowanymi na sniadanie kielbasami i juz ich nie bylo widac.  Jakies glebokie poczucie odpowiedzialnosci wobec kolegow motywowalo Witka, zeby szedl na polowanie kielbasek wzdluz rzeki.  Na przesztrzeni kilkudziesieciu metrow strumyka, w zaroslach, miedzy kamieniami, pod korzeniami drzew i krzakow, Witek wylowil druzynie sniadanie.   Krotko mowiac – bohater.

Kuchnie zawsze mielismy swieza i smaczna.  Bardzo rzadko zdarzyla sie … pomylka.  Jednego dnia na kolacje miala byc zrobiona jajecznica.  No, i rzeczywiscie tak bylo.  Nawet smaczna.  Wszyscy jedli z apetytem i chwalili kucharza.  Ja przyszedlem na kolacje troche spozniony.  Polowa jajecznicy juz byla skonczona i rozgrzewala zoladki harcerzy.  Ja patrze – nie rozumie… Co sa te zielone kawalki, i to co wyglada jak lupinki od cebuli?  O-oh!  Prypomnialy mi sie moje slowa z przed niecalej godziny, jak dawalem polecenie sluzbie w kuchni, pokazujac palcem: “Ta kupa – to do jajecznicy (pokrojona cebula, boczek, pomidory,) – a tamta kupa (lupinki, skorki, odpadki,) to do dolu na smiecie. “  Ktos sie powaznie pomylil, ale poniewaz wszystkim jajecznica tak smakowala, to po dzien dziesiejszy nic nikomu o tym nie mowilem.

Na obozach bardzo lubilem biegi na stopnie.  Nawet pozniej zawsze przyjezdzali  nam pomoc na stacjach wedrownicy – byli druzynowi: Irek Tomaszewski, Andrzej Poray, Piotr Bienkowski.  Ale podczas biegu byly tez nieprogramowane zajecia.  Raz maszerowalismy bokiem pola w ktorym bylo stado poteznych, czarnych bykow.  Caly patrol przeszedl spokojnie przez plot z drutu kolczastego na druga strone.  Tylko Witek pozostal – w czyms bardzo zamyslony.  Wtedy patrzymy – ogromne byczysko galopuje w nasza strone.  Witek nagle oprzytomnial.  Z pozycji nieruchomej skoczyl tak, ze pokonal, bez dotykania, plot ktory wysokoscia siegal mu do nosa. 

Podczas biegu w nastepnym roku moj patrol znowu prezchodzil przez pole bykow.  Tym razem te podle zwierzeta calym stadem zblizali sie rychlo ku nam.  Juz bez dluzszego namyslu zwiewalismy im z pola.   Niestety jedyna mozliwoscia ucieczki byla rzeka.  Nie zdejmujac nawet butow, wlezlismy do rzeki po uda – mokrzy ale uratowani przed pewnym taranowaniem przez byki.  Patrzymy na mape – rzeka w ktorej stoimy prowadzi bezposrednio do obozu.  Ostatnie dwa kilometry trasy zaliczylismy idac w rzece – na dodatek wygodnie, bo z pradem.  Wszystko byloby w porzadku, gdyby nie to ze Krzys Muszynski sie posliznal w ostatniej minucie.  Mial na plecach plecak patrolu, i zanuzyl sie pod woda wraz z glowa.  Uratowalismy go bardzo szybko.  Potem trzeba bylo sie meldowac Druhowi Mykowi i tlumaczyc dlaczego z kazdego z nas kapie woda strumieniami.  (Dotad nie wiem czy uwierzyl, jak stwierdzilismy, ze trasa byla trudna i dlatego sie tak bardzo spocilismy.)

Marek Mrozek, wrzesień 1999r