|

Myslac o dawnych czasach w Trzydziestej Czworce, i szperajac w pamieci, nasuwaja sie wspomnienia o kolegach, i sa to wspomnienia wylacznie wesole. Od samego poczatku uderzalo mnie to, ze w druzynie mozna bylo sie posmiac wiecej niz gdziekolwiek indziej. Na przyklad, na pierwszym samodzielnym obozie druzyny w Crays Pond, po kilku dniach bylem pokryty siniakami – przy posilkach, w namiocie jadalni bylo tak wesolo, ze co kilka minut spadalem z siedzenia, zupelnie bezwladny, z powodu niepohamowanego smiechu. Pierwszorzedny humor ogarnial wszystkich przez wiele, wiele lat – na zbiorkach, wycieczkach i obozach. Tak mi sie kojarzy, ze dwoma specjalistami do rozesmiania Druzyny to obaj byli Jackami – Jacek Lohman i, dlugo potem, Jacek Szulecki. Teraz mi mowia, ze to sie nazywa dobry “duch” w druzynie. Niech bedzie i tak – pamietam, ze zawsze bylo wesolo.
Wesolo bylo, a takze bardzo kolezensko. Harcerze sie poswiecali praca, jeden za drugiego. Juz na drugim obozie Druzyny, w Brechfie (Walia), najwieksze trudnosci nastreczala nam pogoda. Oboz postawiony byl sprawnie – budowalismy prycze, prysznice, nawet wielka wieze obserwacyjna postawilsmy (bo Harcerki z siostrzecej druzyny ‘Narew’ obozowaly tuz za droga.) … ale namiotow rowem nie okopalismy. Noca oboz skapala niesamowita ulewa. Woda prula przez namioty szybkim strumieniem. Wszystko przemokniete. Stajemy na poranny apel – podniesienie flagi, spiew – ale bylo to troche nadrabianie mina. Co gorsze, dochodzi wiadomosc, ze sniadanie bedzie spoznione, poniewaz woda w strumyku sie podniosla ponad brzegi i zalala nam kuchnie. Perspektywa pomyslnego dnia odsuwala sie w coraz dalsza przyszlosc. Niemniej, gdy przyszla pora na sniadanie, przychodzi Witek (Koscia) z kuchni noszac pelny gar pysznie pachnacych kielbasek. Sprzatnelismy je z wielkim apetytem i miny nam rozjasnialy. Pozniej sie okazalo, ze Witek z rana zauwazyl, ze w nocy strumyk nam porwal miednice z przygotowanymi na sniadanie kielbasami i juz ich nie bylo widac. Jakies glebokie poczucie odpowiedzialnosci wobec kolegow motywowalo Witka, zeby szedl na polowanie kielbasek wzdluz rzeki. Na przesztrzeni kilkudziesieciu metrow strumyka, w zaroslach, miedzy kamieniami, pod korzeniami drzew i krzakow, Witek wylowil druzynie sniadanie. Krotko mowiac – bohater.
Kuchnie zawsze mielismy swieza i smaczna. Bardzo rzadko zdarzyla sie … pomylka. Jednego dnia na kolacje miala byc zrobiona jajecznica. No, i rzeczywiscie tak bylo. Nawet smaczna. Wszyscy jedli z apetytem i chwalili kucharza. Ja przyszedlem na kolacje troche spozniony. Polowa jajecznicy juz byla skonczona i rozgrzewala zoladki harcerzy. Ja patrze – nie rozumie… Co sa te zielone kawalki, i to co wyglada jak lupinki od cebuli? O-oh! Prypomnialy mi sie moje slowa z przed niecalej godziny, jak dawalem polecenie sluzbie w kuchni, pokazujac palcem: “Ta kupa – to do jajecznicy (pokrojona cebula, boczek, pomidory,) – a tamta kupa (lupinki, skorki, odpadki,) to do dolu na smiecie. “ Ktos sie powaznie pomylil, ale poniewaz wszystkim jajecznica tak smakowala, to po dzien dziesiejszy nic nikomu o tym nie mowilem.
Na obozach bardzo lubilem biegi na stopnie. Nawet pozniej zawsze przyjezdzali nam pomoc na stacjach wedrownicy – byli druzynowi: Irek Tomaszewski, Andrzej Poray, Piotr Bienkowski. Ale podczas biegu byly tez nieprogramowane zajecia. Raz maszerowalismy bokiem pola w ktorym bylo stado poteznych, czarnych bykow. Caly patrol przeszedl spokojnie przez plot z drutu kolczastego na druga strone. Tylko Witek pozostal – w czyms bardzo zamyslony. Wtedy patrzymy – ogromne byczysko galopuje w nasza strone. Witek nagle oprzytomnial. Z pozycji nieruchomej skoczyl tak, ze pokonal, bez dotykania, plot ktory wysokoscia siegal mu do nosa.
Podczas biegu w nastepnym roku moj patrol znowu prezchodzil przez pole bykow. Tym razem te podle zwierzeta calym stadem zblizali sie rychlo ku nam. Juz bez dluzszego namyslu zwiewalismy im z pola. Niestety jedyna mozliwoscia ucieczki byla rzeka. Nie zdejmujac nawet butow, wlezlismy do rzeki po uda – mokrzy ale uratowani przed pewnym taranowaniem przez byki. Patrzymy na mape – rzeka w ktorej stoimy prowadzi bezposrednio do obozu. Ostatnie dwa kilometry trasy zaliczylismy idac w rzece – na dodatek wygodnie, bo z pradem. Wszystko byloby w porzadku, gdyby nie to ze Krzys Muszynski sie posliznal w ostatniej minucie. Mial na plecach plecak patrolu, i zanuzyl sie pod woda wraz z glowa. Uratowalismy go bardzo szybko. Potem trzeba bylo sie meldowac Druhowi Mykowi i tlumaczyc dlaczego z kazdego z nas kapie woda strumieniami. (Dotad nie wiem czy uwierzyl, jak stwierdzilismy, ze trasa byla trudna i dlatego sie tak bardzo spocilismy.)
Marek Mrozek, wrzesień 1999r
|