|

Wspomnień harcerskich mam bardzo, bardzo wiele i wybrać tylko kilka jest niesamowicie trudno. Podobnie jak dla wielu ludzi, których w różnych miejscach spotkałem, harcerstwo również mnie przyciągało i dlatego zawsze znajdowałem czas na harcerskie przygody. To w drużynie, a nie w szkole, nauczyłem się najwięcej - szczególnie o przyjaźni i polskości...
Pamiętam swój pierwszy obóz w Walii w 1996 r. - było to wielkie przeżycie. Pierwszego dnia lało i lało a my przemoknięci cały dzień wynosiliśmy z lasu ścięte drzewa do pionierki – wtedy naprawdę pokochałem smak gorącej herbaty. Dwa razy miałem 3-cią wartę, w czasie której straszyła mnie jedna sowa - jak mało co w moim życiu! Podczas 24-godzinnej gry zostałem niewolnikiem wrogiego zastępu, (ale za to lepiej karmili!). Dziadek przyjechał mnie odwiedzić a do babci pisałem listy. Poznałem po raz pierwszy jak cudownie jest leżeć pod polską flagą wygrzewając się w słońcu. Przeżyć obozowych było wiele i musiałem się zgodzić z kolegą, który kiedyś powiedział: „nie ma na świecie niczego takiego jak obóz”.
Pamiętam mój drugi obóz, kiedy wędrowaliśmy ze śpiewem, przez lasy i łąki Bieszczad do Sanoka. Albo, kiedy na biwaku hufca w Fawley Court, z Pawłem Wójcikiem, byliśmy jedynymi harcerzami z 34-ki i Marek „Itchy” Iczkiewicz zorganizował niesamowite gry nocne z fajerwerkami.
Jako wędrownik przygód miałem mnóstwo. Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy po 12-to dniowym rejsie, jako członkowie załogi "ORP Iskra" płynęliśmy z Portsmouth do Gdyni, przez spokojny Kanał i nie tak spokojne Morze Północne, wreszcie zeszliśmy na ląd i pierwszego wieczora poszliśmy na kominek z wędrowniczkami na „Zawiszy Czarnym”. Po raz pierwszy po 2 tygodniowym rejsie 30 chłopaków zobaczyło dziewczyny! – to był głośny kominek!
Pamiętam, gdy na obozie wędrowników, podczas VI Zlotu w Maryland w 2006 r., po powrocie z wycieczki zlotowej wszyscy zachorowali i odwołano wszystkie ogniska. Wtedy kilku wędrowników z Kalifornii przy swoim namiocie zaczęło grać na gitarach. W ciągu kilku minut, wokół ich namiotu, zebrało się kilkudziesięciu wędrowników z 3 kontynentów, którzy siedząc po ciemku śpiewali wszystkie pieśni, które ich połączyły...
Wyprawa do Włoch na 60-lecie bitwy pod Monte Cassino to było 12 dni szalonych przeżyć: 20 wędrowników i wędrowniczek, 8 miast, plaże i tańce, złożenie wieńców na 3 cmentarzach polskich i spotkanie z papieżem Janem Pawłem. Szczególnie zapamiętałem 4 dzień, kiedy po wczesnej pobódce w sali szkolnej w miasteczku Valero Tonda, pojechaliśmy do Cassino i piechotą przeszliśmy – oczywiście śpiewając przez całą drogę – do klasztoru. Stamtąd zeszliśmy na cmentarz i uroczyście i dumnie złożyliśmy wieniec. Mój brat Tomek, (który z Witkiem Hewanickim i Stefanem Kolendo złożył wieniec) powiedział, że chyba nigdy nie czuł się taki dumny.
Nie raz byłem komendantem na obozie i często organizowaliśmy akcje w „dużej skali”! Obóz „Powstańcy” w 2002 r. walczył razem, aby zdecydowanie wygrać ‘tug of war’ podczas złazu hufca. Witek Hewanicki z Krzysiem Rygielskim znaleźli w lesie – i przynieśli do obozu – wannę. Na plaży w Beer i Seaton kupiłem frytki dla całego obozu, które przyniosłem w ... wiadrze! Jeszcze pamiętam okrzyk o pasztecie... Na obozie „Marszałek” w 2005 r. hufcowy nie był zadowolony, że tak się przedłuża ostatnie ognisko (bo przyrzeczenie jeszcze było przed nami!) ale spaliliśmy tej nocy wszystkie prycze. PK grał na skrzyni jak na bębnach i chyba nie mogło być już bardziej wesoło!
Obóz „Zwycięstwo” w 2007 r. odbył się w Borach Tucholskich. Choć w Polsce nie było łatwo, niesamowita była całodniowa wędrówka kajakowa 26 kajakami, kiedy wymyślony został sławny okrzyk, i Nutella była potrzebna aby chłopacy dopłyneli do obozu. A na przyrzeczenie w pełnych mundurach przepłynęliśmy przez jezioro Charzykowy pod gwiazdami...
*
Swoją przygodę harcerską zacząłem jako zuch w gromadzie Śmiałków, która bardzo szybko się rozwinęła gdy Druh Marek Mrozek ją objął co zmieniło losy szczepu. Pierwszym moim drużynowym był krótko Dominik Cwojdziński. Po nim drużynę objął Andrzej Borkowski. Teraz mogę się czuć stary! Wtedy chodziliśmy pieszo na kolędowanie, na obozach nikt nie miał telefonów i wszystko wysyłało się pocztą! „Sieć” odbywała się wyłącznie telefonicznie a nie e-mailowo. Zbiórki harcerskie były przy naszym baraku ale także na Wimbledon Common czy nawet w basenie w Putney Leisure Centre. Wtedy miałem wspaniałych kolegów: Konrada Ledóchowskiego, Rysia Kolendo, Maćka, Filipa i Przemka z Trójki, z którymi wciąż często się widuję.
Kiedy Andrzej odszedł pomagałem jak mogłem, a po wielu latach w harcerstwie, po zlocie w Stanach, zostałem drużynowym na ostatnie dwa lata moich studiów w Londynie. Dużo nowych chłopaków się przyłączyło. Strona internetowa (dzięki Marek!) i KPH zostały odnowione. Były biwaki drużyny jak i wycieczki – tak jak do byłego drużynowego Jacka Lohmana w Museum of London, kiedy w drodze powrotnej zajęliśmy piętro autobusu i tańczyliśmy walca z harcerkami. Były rady przy ognisku przed harcówką i konkursy gotowania. Jako drużynowy dałem z siebie wszystko i mógłbym tak jeszcze długo, ale niestety musiałem się pożegnać z sznurem, ale z drużyną nie pożegnam się nigdy!
Muszę przyznać, że nigdy bym tyle nie zrobił i nie zorganizował bez moich kolegów, instruktorów i rodziny. Jest ich zbyt wielu aby wszystkich wymienić ale oni wiedzą o kim myślę i im wszystkim dziękuję!
Następnym pokoleniom życzę tyle samo, jeśli nie więcej, wspomnień! Będzie będzie :)
Czuwaj!
Pwd. Janek Lasocki
Bruksela, październik 2008
|